DSC_9560

Różne rzeczy robię. Każdego dnia. W domu i poza nim. Niektóre – bo chcę, inne – bo muszę. Czasem je lubię, a czasem nie. Ale są dwie rzeczy, których robienia nienawidzę szczerze i z całego serca. Pierwsza z nich to mycie okien. Nie ma słów, które opisałyby jak bardzo tego nie znoszę. Unikam jak ognia. Firanki mam w oknach, żeby nie było widać, że są brudne. Myję najrzadziej, jak się da – na Święta, bo wypada i może czasem pomiędzy, jak już przez nie nic nie widać. Jeśli ktoś kiedyś wymyśli okna samomyjące się, kupię natychmiast. I od samego myślenia o myciu okien zrobiło mi się niedobrze…

Druga rzecz to prasowanie.Jak sobie pomyślę, że trzeba wyciągać deskę do prasowania, żelazko, rozstawiać to wszystko, lać wodę do żelazka i… To już mi się odechciewa. Dlatego właśnie staram się kupować ciuchy, które prasowania nie wymagają. Albo też chodzę pognieciona. Mąż, jeśli potrzebuje koszuli, musi ją sobie uprasować sam. Okien mi nie umyje za nic w świecie – a jak umyje to i tak będę musiała myć je po nim drugi raz – to niech sobie sam chociaż prasuje, jeśli ma taką potrzebę. Bo ja nie mam. Mam za to szafę pełną ciuchów, w których nie chodzę, bo je wyprasować trzeba. Gdy je kupiłam były ładnie wyprasowane i idealne. Ponosiłam po zakupie. Uprałam. I teraz nie ma ich kto uprasować. Takie życie… Dziecku mojemu też przypomina się, że trzeba strój galowy do szkoły założyć 5 minut przed wyjściem z domu. W 5 minut to ja nawet deski do prasowania nie wyciągnę. Więc też chodzi pognieciony. A jak podrośnie, to go tata nauczy prasować. Bo ja nienawidzę…

I o ile na robota do mycia okien jeszcze się nie natknęłam, tak gdy na mojej drodze pojawiła się parownica do ubrań (nie mylić z parowarem), złapałam się jej jak ostatniej deski do prasowania (ratunku, znaczy się, deski ratunku), mając nadzieję, że chociaż na zakończenie roku szkolnego uda się rodzinę wyprostować.

DSC_9557

Parownica jest bardzo prosta w użyciu – wlewasz wodę, załączasz, paruje. Ta para właśnie prostuje ubrania. Wprawdzie nie prostuje ich samodzielnie, trzeba ją w ręku trzymać i ruszać, ale zdecydowanie jest to wygodniejsze niż żelazko. Prosta sprawa – i dosłownie, i w przenośni.

Co nastawiło mnie nieco sceptycznie do parownicy to fakt, że Philips podkreśla na prawo i lewo, że służy ona do odświeżania ubrań, a nie do prasowania. Żeby ludzie zbyt wysokich wymagań i pretensji nie mieli. Ale wiecie co? Może to kwestia tego, że ja wysokich wymagań nie mam, albo mam wyjątkowe ubrania, ale mnie parownica w zupełności wystarcza. Żadna ze mnie businesswoman, nie chodzę w drogich żakietach i spodniach w kant, moje ubrania, i te na co dzień i te od święta, parowaniu poddają się świetnie i wyglądają idealnie. Dla zabieganych mam, które żonglują swoim czasem, musząc pogodzić pracę zawodową, prowadzenie domu i wychowanie dzieci parownica jest idealnym rozwiązaniem. My nie mamy czasu, a czasem i miejsca, na rozkładanie deski do prasowania i spędzanie 3 godzin na prasowaniu. My potrzebujemy czegoś, co pomoże nam wyglądać schludnie w 5 minut. I parownica spełnia te wymogi. Szybko się nagrzewa, prasuje się w pionie, kilka ruchów i gotowe. I pokuszę się o stwierdzenie, że ciuszki wyparowane wyglądają lepiej niż te prasowane w tradycyjny sposób.

Wady? Oj, są. Tutaj Philips ma jeszcze pole do ulepszania. Pierwszą i największą oczywiście jest cena, co właśnie dla tych zabieganych mam jest ogromną przeszkodą. I niby wiem, że za jakość się płaci, ale ciężko w budżecie miesięcznym znaleźć takie pieniądze…

Ale odkładając kwestię finansową na bok, jest jeszcze kilka rzeczy, nad którymi Philips mógłby popracować. Świetnym rozwiązaniem jest wbudowana deska do prasowania. Problem jednak pojawia się wtedy, gdy chcesz tę bluzkę tak ładnie wiszącą wyprasować z tyłu. Przekręcić bluzkę, aby tył był z przodu? Całkiem oczywista rzecz. Ale spróbuj to zrobić trzymając nagrzaną parownicę w ręku… Odłożyć parownicę na stojak? No to wtedy faktycznie masz dwie ręce wolne, ale bluzki i tak nie przekręcisz, bo Ci ta parownica odwieszona przeszkadza i oczami wyobraźni już widzisz, jak spada lekko tyrpnięta. I klops. Albo pogodzisz się z wyprasowanym tylko przodem bluzki, albo odłożysz parownicę na podłogę, na panele, z tą parą wydostającą się cały czas… Alternatywnie możesz poprosić innego domownika o pomoc i chwilowe przytrzymanie parownicy, gdy Ty obracasz ubranie. To samo dzieje się, gdy chcesz wyparować kolejną część garderoby. Jak bez kłopotu i bezpiecznie zdjąć tę już wyprasowaną z wbudowanego wieszaka i założyć pogniecioną? Problem nie jest duży, da się go obejść, ale gdy się spieszysz potrafi wprowadzić w konsternację. Jak go rozwiązać? Fajnie byłoby zamontować dodatkowy uchwyt na parownicę gdzieś na dole, albo dołożyć drugą deskę do prasowania z tyłu tak, aby nie trzeba było ciuszków obracać. Oczywiście można też powiesić na specjalnym uchwycie zwykły wieszak i parować. Ale rezultat nie jest taki sam. Korzyści z wbudowanego wieszaka są dwie: po pierwsze, ciuszki lepiej są wyprasowane, a po drugie, prasuje się je dużo wygodniej.

DSC_9604

Inna kwestia problematyczna to wielkość całego urządzenia. Ta wersja najlepsza, najfajniejsza i z bajerami jest duża. Oczywiście można kupić samą ręczną parownicę i parować na łóżku, tak jak ja to robiłam do tej pory, ale efekt końcowy jednak nie jest taki sam. Kiedyś wydawało mi się, że „łóżkowa parówka” jest w porządku, ale teraz mam porównanie i zdaje się, że prasowania na łóżku zaprzestanę. Tutaj zarówno cena, jak i wielkość jest uzasadniona i o ile cenę mam nadzieję, że Philips zmniejszy, tak z rozmiarem niestety nic zrobić się nie da. Ale faktem jest, że parownica wygląda ładnie i estetycznie, a do tego może być w wersji fioletowej, co do mojej sypialni pasuje idealnie.

Bajery, a więc rzeczy dodatkowe niekoniecznie potrzebne, których brak absolutnie nie wpływa na jakość parowania to: rękawica, aby się nie poparzyć (nie użyłam ani raz, zapomniałam że jest w zestawie, ale też nie zdarzyło mi się oparzyć), wkładka zapachowa (dla mnie osobiście rzecz zbędna, prasuję ciuszki czyste, zapachów dodatkowych nie potrzebuję), końcówka do grubszych ubrań (lato jest prawie, więc nawet nie miałam okazji ani potrzeby, aby sprawdzić jak działa).

I jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz – parownicy można używać w sposób całkowicie nie związany z prasowaniem. Jeśli, tak jak ja, masz małe dzieci, dodatkowo z alergią na kurz czy roztocza – i tu niestety również tak jak ja – parownicy możesz użyć, aby się tego świństwa, co dzieci uczula pozbyć z materacy, poduszek czy tapicerki. Wysoka temperatura pary wybije bakterie i roztocza, odświeży materac i usunie wszelkie nieprzyjemne zapachy. I właśnie tę dodatkową funkcjonalnością parownica zdobyła moje serce. Bo nie dość, że w końcu mogę się wyprostować i wyglądać jak człowiek, to moje dziecko ze świeżutko stwierdzoną alergią na kurz może spać bezpieczniej niż do tej pory.

 

  • tak wiem, notorycznie używam słowa „prasowanie” mając na myśli „parowanie”, ale czy to moja wina, że moje „wyparowane” ubrania wyglądają, jakby były „wyprasowane”???
Reklamy