DSC_6227

Jakiekolwiek podróże czy krótkie wyjazdy nastręczają problemy żywieniowe. Krótkie wypady typu „city break” (czyli przeważnie Londyn) oznaczają, że żywimy się sami, na budżecie. A więc zupki chińskie, McDonald’s i kawa w Nero Café czy innym Starbucksie. Zdarzają się też bardziej ekskluzywne „city breaks”, gdzie mamy do dyspozycji mieszkanie z kuchnią. I wprawdzie znikają wtedy z menu zupki chińskie na rzecz domowego spaghetti, ale McDonald’s zostaje – żeby dzieci też coś z tych wyjazdów miały. Dłuższe wyjazdy to wakacje all inclusive, gdzie o jedzenie martwić się nie musimy. Więc o jakie problemy żywieniowe chodzi? Ano bez względu na rodzaj wyjazdu, jedzenie jakie spożywamy trudno określić mianem zdrowego czy lekkiego. Co dla kogoś, kto na ogół zdrowo się odżywia i pilnować musi, bo po jednym chipsie pół kilo przybiera, stanowi nie lada problem. I choć wprawdzie używanie steppera i hula-hop ciężko sportem nazwać, to podczas wyjazdów nawet tego nie mam, aby spróbować przekonać samą siebie, że wysiłek fizyczny pozwoli spalić te dodatkowe kalorie. I tu, ku mojemu zaskoczeniu, przychodzi z pomocą Paryż…

 

DSC_6405

Po pierwsze, w Paryżu wcale nie tak łatwo o Starbucksa. Ok, łatwiej niż w Polsce – ale w kraju jeszcze nigdy w życiu nie zdarzyło mi się ze Starbucksa korzystać, zdecydowanie trudniej niż w Londynie, gdzie Starbucks, Nero Café czy Costa znajdują się na każdym rogu, co oznacza, że chcąc nie chcąc się wchodzi i coś kupuje. A to puste kalorie. No więc w Paryżu trzeba się naprawdę postarać i z google maps chodzić, żeby się na Starbucksa natknąć – oszczędzamy dzięki temu nie tylko pieniądze, ale i też nie spożywamy nadprogramowych kalorii. Ale przecież w Paryżu co kawałek są kawiarenki/ciastkarnie, które kuszą świetnymi ofertami typu kawa plus croissant. No tak, są. Jednak nasze typowe „city break” absolutnie nie zakłada postojów dłuższych niż na siusiu lub zdjęcie (nie, nie zdjęcie siusiu). Plus, spróbujcie usiąść w takiej maleńkiej paryskiej kawiarence z hiperaktywnym dziesięciolatkiem i trzylatkiem (trzylatek swojego przymiotnika już nie potrzebuje…). I dare you…

DSC_6353

Po drugie, Paryż bardzo dba, aby kobieta (matka) dawkę wysiłku fizycznego każdego dnia otrzymała. W życiu nie spociłam się tyle, co podczas siedmiodniowej wycieczki po Paryżu…

 

Rzecz wspólna dla wszystkich naszych wyjazdów to fakt, że mama zajmuje się wózkiem. Bo tata ma aparat i robi zdjęcia. Tak, wiem, że mama też ma aparat i zdjęcia robi (albo by chciała robić), ale tak właśnie działa równouprawnienie – mama prowadzi wózek. A nawet, gdyby tata chciał prowadzić, to mały obecnie trzylatek dość głośno wyraża swój sprzeciw krzycząc „mama poradzi”. No poradzi, poradzi, wyjścia nie ma. A wózek wycieczkowy to przecież nie sam wózek. Ba, to nawet nie wózek z dzieckiem. To wózek z torbą ze wszystkim, co temu dziecku może być potrzebne, zaczynając od ubrań na zmianę, poprzez jedzenie, a kończąc na nocniku turystycznym. Plus, jeszcze wszystko to, co potrzebne innym uczestnikom wycieczki w koszu pod wózkiem. A więc przekąski i picie dla reszty, okazjonalnie jakaś bluza i zakupy, które po drodze robimy. Krótko mówiąc, wózek z całym oprzyrządowaniem pchany przez mamę waży pierdylion kilo. I tak, tak właśnie wygląda każdy wyjazd. Więc czym różni się tu Paryż od na przykład Londynu? Ano tym, że w Londynie mama ten wózek musi tylko pchać…

 

Paryż niestety nie jest miastem przyjaznym dla niepełnosprawnych i dzieci w wózkach, jeśli chodzi o przemieszczanie się. Wszystkie stacje metra znajdują się albo pod ziemią, albo nad ziemią i każdorazowo należy użyć schodów, aby się do nich dostać. Przy odrobinie szczęścia trafić można na schody ruchome, ale i tu trzeba uważać – zdarzyły nam się dwie stacje metra, w których u szczytu schodów ruchomych postawione były metalowe słupki (cel ich jest nam zupełnie nieznany). A słupki te postawione były tak gęsto, że o ile człowiek, nawet bardzo słusznej tuszy, przejść problemu nie ma, tak wózek się nie przeciśnie. I tak, dyscypliną sportu, którą Paryż nam oferuje jest podnoszenie ciężarów. I wnoszenie ich po milionie schodów. I znoszenie ich po dwóch milionach schodów. A gdzie są windy? No cóż, czasem, na wybranych stacjach są, ale niestety niekoniecznie jadą tam, gdzie akurat Ty chcesz… Pod kątem bycia przyjaznym dla niepełnosprawnych i wózków, Paryż do Londynu się nie umywa. I jeszcze jedna różnica – w Londynie nawet nie zdążysz do schodów dojść, jak już co najmniej trzy osoby zaoferują ci swoją pomoc w niesieniu wózka. W Paryżu każdy patrzy tylko na siebie…

 

Jedna z wielu rzeczy, które mnie zaskoczyły – i rozbawiły – to paryskie windy. Do windy wejdą dwie osoby. Ewentualnie jedna osoba i bagaż. Lub złożony wózek. I to właśnie wymusza na człowieku używanie schodów. A chodzenie po schodach bardzo dobrze wpływa na utrzymanie sylwetki, szczególnie, gdy robi się to kilkanaście razy na dobę. Ci Paryżanie to bardzo sprytni ludzie. Gdzie by mi do głowy przyszło w Polsce tyle po schodach latać… A w Paryżu, mimo że klaustrofobii u mnie nie stwierdzono, gdy do wyboru miałam mini windę lub schody, leciałam po schodach. 60 stopni kilkanaście razy na dobę i w nagrodę croissant…

 

A co zrobić, aby zwiększyć przebiegi? Nie mieć nic na śniadanie i musieć z rana iść do sklepu. Mini Auchan otwarte od 7-ej. To idę. Zamknięte. To wracam. Carrefour otwarty od 7:30. To idę. Zamknięty. To wracam. Pół godziny później próbuję ponownie. I tak do 8:30 przeleciałam się po schodach 6 razy. Mam podejrzenie, że mój małżonek celowo źle sprawdzał godziny otwarcia sklepów… ale co kalorii przez to spaliłam, to moje… A już nawet nie wspomnę o tych wszystkich schodach, które trzeba pokonać, aby dostać się do Sacre Coeur. Nosząc wózek…

DSC_6298

Co zapamiętam z Paryża? Po pierwsze to, że Paryż to nie Londyn, mimo tego, że w obu znaleźć można Disney Store. I że po całym wykańczającym fizycznie dniu w każdym sklepie można znaleźć czerwone wino do 3 euro, wejść po schodach do tymczasowego domu i odpocząć. A jest po czym…

DSC_6456DSC_6376

Reklamy