DSC_6100

Są ludzie, którym nieznajomość żadnego języka obcego nie przeszkadza w podróżowaniu i komunikowaniu się za granicami własnego kraju. Nie da się po polsku czy łamaną angielszczyzną – bardziej łamaną niż angielszczyzną, ale co tam – to można na migi. Wystarczy odrobina pewności siebie i nie przejmowanie się, jeśli robi się z siebie idiotę. I po co komu języki obce?

Ale są i tacy, którzy jakiś język obcy, z reguły angielski, mają opanowany i komunikacja w tym języku nie nastręcza absolutnie żadnych problemów. Problemy natomiast pojawiają się, gdy trzeba (czytaj: dobrze by było) użyć języka trzeciego, kiedyś tam liźniętego. I tu wkracza upośledzenie lingwistyczne…

Krótka nota biograficzna. W życiu swoim trzydziestokilkuletnim uczyłam się, z lepszym lub gorszym skutkiem, kilku języków obcych. Niektorych, bo chciałam. Innych, bo musiałam. W kategorii przymusu mamy rosyjski. Cztery lata nauki w szkole podstawowej. Cyrylicę nawet jeszcze pamietam (a za znajomość nazwy alfabetu rosyjskiego dodatkowe punkty poproszę). Liczyć do 20 potrafię – ale pochodzę z pokolenia, które wychowało się na oglądaniu Kaszpirowskiego i jego magii, więc nie jestem stuprocentowo przekonana, czy to się liczy. Piosenkę dziecięcą jedną znam – zarówno słowa, jak i muzykę. I to by było na tyle. W kategorii chęci języki mamy trzy. Jeden z nich to oczywiscie angielski, drugi to hiszpański, a do trzeciego wrócę za chwilę. Angielskiego chciałam się uczyć, bo nie mogłam. Tak na przekór. Bo w szkole był tylko rosyjski. I tyle. Przygoda z hiszpańskim trwa lat już parę, on and off niestety. Ale dużo rozumiem, sporo też powiem. Potem mamy arabski, który ciężko sklasyfikować. Niby mus, bo na studiach lektorat musiał być. Ale też chęć, bo do wyboru był albo arabski, albo niemiecki. Wybór, do tej pory, wydaje mi się oczywisty. Ale dodam tylko, że to było wieki temu, lata przed 9/11 (World Trade Center), kiedy to, co arabskie wcale nie było jednoznaczne z terroryzmem. Kilka lat nauki arabskiego i oprócz oceny dobrej w indeksie raczej nic mi nie zostało. Kilka literek pamiętam, wszystkie samogloski (znaczy się trzy) oraz to że myliłam dwa czasowniki:  wychodzić i zażynać…

No i został trzeci język w kategorii chęci. Był to francuski. Podobał mi się. Brat nauczył mnie liczyć. Chciałam więcej. Francuskiego uczyłam się jakieś pięć lat. Maturę z francuskiego zdałam na ocenę dobrą. I wszystkim się wydaje, że skoro maturę z francuskiego mam, to język znam. A tu klops… W Paryżu jestem upośledzona lingwistycznie (linguistically challenged – zdecydowanie ładniej brzmi),  i to na wielu poziomach…

Coś tam z francuskiego pamiętam. Przedstawić się umiem. Powiedzieć, że nie mówię po francusku też. Nie rozumiem. Nic nie rozumiem. Dzień dobry i do widzenia. Salut. Dziękuję i proszę. Takie podstawowe zwroty. Umiem zapytać, czy rozmówca mówi po angielsku. Je voudrais też znam. A i wiem, że Francuzi angielskiego nie lubią i doceniają, gdy ktoś próbuje używać ich języka ojczystego. No więc ja próbuję – w końcu maturę z francuskiego mam…

Auchan. Minuta po zamknięciu sklepu. Pani zgodziła się jednak obsłużyć. Płacę za chleb, mleko i dżem. Pani wydaje mi resztę. Ja odpowiadam, z dumą, Gracias. Moment, coś poszło nie tak. Zła szufladka się otworzyła. Merci miało być. Merci… że jesteś tu… lalala…

Starbucks. Dwie kawy kupuję. Przed mną rozgadana Francuzka, więc w myślach sobie powtarzam, bo mam czas. Deux cafe latte venti, s’il vous plait. Moja kolej w końcu. Ci Francuzi to gaduły straszne… Ale już mnie Pani pyta, co podać. Otwieram usta i mówię, bo przecież wyćwiczyłam. Dos cafe latte, por favor. Poważnie… Nie wiem, co się dzieje. W myślach mówię po francusku, w rzeczywistości po hiszpańsku. Żadnego nie znam na tyle, aby się swobodnie dogadać. No abstrakcja jakaś…

W McDonald’s z Ptysiem obiad kupujemy. Odważna jestem i na ochotnika się zgłaszam, żeby pójść, bo wiem już, że słowa wypowiedzieć nie będę musiała, gdyż w McDonald’s taka fajna maszyna jest, w której się zamawia – i innej opcji nie ma, musi być maszyną. Fine by me. Język można wybrać, angielski oczywiście. Na miejscu czy na wynos. Płatność kartą czy gotówką w kasie. I potem tylko czeka się na odbiór zamówienia. A że zamówienie dla czterech osób, a więc całkiem spore, to będę wiedziała, które, bo dużo tego będzie. Wiec idziemy z Ptysiem kupić obiad, a tu na maszynie do zamawiania kartka naklejona i coś tam napisane. Po francusku oczywiście. I nikt inny nic nie zamawia, więc jest spora szansa, że kartka informuje o niedziałającej maszynie. No i wpadam jak śliwka w kompot. Oprócz Happy Meal nie dam rady werbalnie nic zamówić, a o ile mnie i Maleńtasowi to wystarczy, tak reszcie chłopa nie. Więc pytam Pana w ubranku firmowym o co chodzi z tą kartką. Ja do niego po angielsku. On do mnie po francusku. Tośmy pogadali… Ale wyjścia nie ma – albo spróbuję po francusku, albo będziemy Happy Meal jeść. No i odblokowało się – kulturalnie po francusku udało mi się Pana poinformować, że ja po francusku nie kumam i zapytać, czy on może coś po angielsku łapie. Złapał. Dogadaliśmy się. Wprawdzie do tej pory nie wiem, co było napisane na kartce naklejonej na maszynę, ale okazało się, że ona działa bez problemu i zestawy rodzinne (z dodatkowymi zabawkami z Minionkami – to bardzo ważne jest) udało się zamówić.

DSC_6062

Wniosek? No cóż, jest ich kilka. Po pierwsze, okazuje się, że poliglotką nie będę i na bilingwialiźmie się skończy. Po drugie, hiszpański mi pasuje wyjątkowo i samo mi się go używa. Po trzecie, w stresie (rany boskie, jak ja im te duże zestawy zamówię?!) nawet francuskiego wraca mi na tyle, żeby z McDonald’s wyjść z dwoma Happy Mealami dla siebie i Maleńtasa i dwoma zestawami dla dużych chłopców. Plus dwie dodatkowe zabawki…

PS. Ja wiem, że to niepoprawne politycznie przyznawać się, że obiady na wyjazdach zagranicznych w MCDonald’s czasem jadamy. Ale bądźmy szczerzy, smaczne są, tanie są, dzieci je uwielbiają, a tak często znowu za granicę nie wyjeżdżamy. Plus, te Minionki… 😉

Reklamy