Stało się. Zapisaliśmy Maleńtasa do przedszkola. Mamy jeszcze kilka miesięcy, aby zarówno jego, jak i siebie do tego przygotować. Ale… kto mnie zna wie, że z natury optymizmem nie bucham. Realizm, czasem skrajny, jest mi bardziej po drodze. W kwestii Maleńtasa w przedszkolu idę jednak o krok dalej – ja tego po prostu nie widzę…

Ptyś do przedszkola zaczął uczęszczać mając trzy lata i  cztery miesiące. A przedszkole, które wybraliśmy było dokładnie tym samym przedszkolem, do którego dwadzieścia kilka lat wcześniej uczęszczała mama Ptysia. Przedszkole dorobiło się nowego placu zabaw i sali ze sceną, ale kadra po części została ta sama, co dwie dekady wcześniej. Co oznaczało, że Ptyś niejako poszedł do „znajomego” przedszkola, bo „małą Madzię” Pani Dyrektor dobrze pamięta. A jak to w naszym kraju bywa, znajomości, choćby najbardziej trywialne, w sferze edukacji i opieki zdrowotnej są bardzo przydatne. Tak więc Ptyś miał szansę przekonać się na czym to całe przedszkole polega na pół roku przed pierwszym oficjalnym dniem w przedszkolu. I mamie nawet pozwolił na pół godziny wyjść z sali… no sukces za sukcesem.

 

Wrzesień też jakoś przeżyliśmy, choć było ciężko. Rozstanie z mamą, choćby na kilka godzin, pozostanie w obcym miejscu pełnym obcych ludzi było traumatyczne. I dla Ptysia, i dla mamy. Ale daliśmy radę. Był płacz, potem były prezenty za pierwszy dzień w przedszkolu, potem znów był płacz, ale po paru tygodniach Ptyś z przyjemnością do przedszkola chodził. W kratkę oczywiście, bo jak to zawsze bywa był tydzień przedszkola, tydzień chorowania… Ale daliśmy radę. I nawet przedszkole przetrwało pomimo buntowniczego nastawienia Ptysia do dzieci bawiących się zabawkami, które to on sobie upatrzył. Po pierwszych tygodniach płaczu Ptysia, zdarzał się jedynie płacz innych dzieci spowodowany Ptysiową inwencją twórczą… Bo raz, proszę ja Was, Ptyś ugryzł kolegę w oko… A ja, jako matka i jako człowiek, dumna do tej pory jestem, bo primo – nie dał sobą pomiatać, secundo – ja na przykład w oko ugryźć bym nikogo nie potrafiła…

_DSC7011

DSC_5304

Maleńtas pójdzie do przedszkola mając lat trzy i półtora miesiąca. Pójdzie do przedszkola obcego, blisko domu, żeby było wygodniej. Przedszkole jak przedszkole, w każdym znajdzie się wiele rzeczy, do których można się przyczepić. Ale tu kwestią kluczową nie jest samo przedszkole, a Maleńtas. A ja go w przedszkolu po prostu nie widzę…

Ptyś był specyficznym… hmm… dzieckiem. I znów język polski mnie zawodzi. Bo przecież Ptyś nadal dzieckiem jest, wbrew temu, co mu się wydaje. A więc Ptyś w przedszkolu był dzieckiem „toddler”. Obecnie jest dzieckiem „tweenager”. Wkrótce będzie nastolatkiem – tak, na tym etapie język polski zauważa, że coś się jednak zmienia. Wracając do tematu, Ptyś był specyficzny, gdyż wychowywał się bez innych dzieci. Miał rodziców i z nimi spędzał większość czasu. Nie miał kontaktu z rówieśnikami, nie miał jeszcze rodzeństwa. Toteż w przedszkolu musiał nauczyć się obcować z innymi dziećmi. Maleńtas natomiast wychowuje się w innych warunkach. Ma brata, ma kuzyna, ma ciocie i wujków z małymi dziećmi, tak więc będzie mu zapewne łatwiej nawiązywać kontakty z innymi dziećmi. Taką przynajmniej mamy nadzieję…

DSC_5327

Wyjątkowość Maleńtasa objawia się ciut inaczej. Maleńtas, odkąd był naprawdę maleńki, nie potrafił się uspokoić, gdy coś było nie po jego myśli. Nastawienie typu „popłacze i przestanie” do Maleńtasa nie odnosiło się nigdy. Nie raz odprowadzając Ptysia do szkoły zmuszona byłam wracać z wózkiem, z którego dobiegały odgłosy, jakby kogoś obdzierali ze skóry. Alternatywnie przez pół osiedla szłam z niemowlęciem na rękach brzuchem pchając wózek, bo wstyd już mi było, że tak wyje… I ta cecha Maleńtasowi została do dziś – gdy coś mu nie pasuje zaczyna wyć jak syrena alarmowa i nic nie jest go w stanie uspokoić. Nic za wyjątkiem obecności mamy. A zdaje się, że tego w przedszkolu miał nie będzie…

Gdy Maleńtas ubzdura sobie, że ząbki pójdzie umyć z mamą, to tak być musi, bo on tak chce i nieważne czy mama akurat w danej chwili może czy nie… Gdy Maleńtas wymyśli sobie, że mama ma opróżnić po nim nocnik, to nie ma żadnego znaczenia, że mama akurat w tym momencie je obiad, a tata już zjadł i jest wolny. Gdy Maleńtas chce, żeby to mama go umyła, to nie interesuje go zupełnie, że mama chora i ledwo na nogach stoi. Bo mama jest odpowiedzią na wszystko. A gdy mama nie może, to ryk i płacz i histeria jest odpowiedzią na wszystko… A takie plany miałam wielkie, że tym razem będzie inaczej… Man plans…

DSC_7788

Tak więc nie widzę Maleńtasa w przedszkolu. Ptyś należał do dzieci („toddlers”), które umieją się uspokoić, którym łzy się kiedyś kończą… Maleńtas tej umiejętności nie zdobył. Umie sam się ubrać od skarpetek (co nawet Ptysiowi czasem przychodzi z trudnością) po czapkę. Umie sam jeść, jeśli ma na to ochotę. Umie sam skorzystać z toalety. Wie, kiedy trzeba nosek wytrzeć (umiejętność, która dzieciom w wieku przedszkolnym jest zupełnie nieznana – z obserwacji mówię). Wie, że dochodząc do ulicy trzeba uważać. Wie, kiedy czas na drugie śniadanie i drzemkę. Jest bardziej rozgarnięty i samodzielny niż Ptyś w jego wieku. Jednak boję się, że te wszystkie jego zdolności i umiejętności pójdą daleko w kąt w przedszkolu, gdy zorientuje się, że mamy tam nie będzie. I tak, mam nadzieję, że się mylę. Wiem, słyszałam milion razy od mniej i bardziej życzliwych, że przesadzam i że sama zobaczę. Ale ja swoje dziecko znam. I w przedszkolu go po prostu nie widzę…

Reklamy