Jako dorośli wiemy, że oceny o niczym nie świadczą i nie mają żadnego znaczenia. Wiemy, że są tylko cyferkami w większości sytuacji wystawianymi przypadkowo. Wiemy, że oceny szkolne z autentyczną wiedzą niewiele mają wspólnego. Wiemy, iż świadczą nie o wiedzy, a o szczęściu lub pechu. Jako dorośli wiemy, że oceny szkolne nie mają nic wspólnego z tym, jakimi ludźmi będziemy i co w życiu osiągniemy. Wiemy to wszystko i lekko protekcjonalnie patrzymy na te szkolne wyścigi, zdając sobie przecież sprawę z tego, że szkoła życia nie uczy i o życiu dorosłym nie decyduje.

I wtedy zostajemy rodzicami dzieci w wieku szkolnym. I wtedy wszystko się zmienia…

Generalnie wszystkie dzieci w wieku szkolnym można podzielić na dwa typy. Niestety są to dwa typy ekstremalne i wydaje się, że nie ma nic pomiędzy. Jedna grupa dzieci ocenami nie przejmuje się zupełnie, jakby podejrzewając, że są one jedynie pustymi cyferkami, za którymi nie stoi żadna treść. I w konsekwencji na ocenach im nie zależy. A więc nie bardzo mają motywację, aby się uczyć. W grupie tej mamy dzieci zdolne, które mimo braku nauki uzyskują dobre wyniki, a co za tym idzie oceny. Mamy też te mniej zdolne, które postępu nie robią, bo dla nich bez pracy nie ma kołaczy. I te niestety ocenami nie zachwycają, co im oczywiście nie przeszkadza, bo czymże są oceny. Druga grupa to dzieci, które wszystko, co robią, robią myśląc o ocenach. Ich motywacja to same 5 i 6. Dlaczego? No cóż, powodów zapewne jest wiele, ale ja  z doświadczenia rozpoznaję dwa: ambicja i przekupstwo ze strony rodziców czy dziadków. I w tej grupie również mamy dzieci naturalnie zdolne, które przy znikomym nakładzie pracy osiągają świetne rezultaty. Mamy również takie dzieci, które muszą pracować po nocach, aby nauczyć się czegoś. Cechą wspólną wszystkich dzieci w tej grupie jest to, iż nadmiernie przejmują się ocenami, płaczą, gdy dostaną 4, negocjują z nauczycielem wyższą ocenę, bo 5- zdecydowanie lepiej brzmi i wygląda niż 4+… Walczę z wiatrakami próbując przekonać maluchy, że te oceny naprawdę nie mają znaczenia. Że gdybym mogła, nie wystawiałabym ich notując tylko procenty. Że ważne jest to, co zostaje w głowie na dłużej, a nie to, co na papierze zostawiają w przeciągu 20 minut raz na kilka tygodni. Że uczymy się, aby poznać język, zrozumieć go i polubić, a nie po to, żeby dobre oceny mieć. Ale ja pracuję w szkole językowej, nie rządzi mną Ministerstwo Edukacji czy jak ono się nazywa obecnie. Ja uczę, aby nauczyć, a nie aby dziecko sprawdzian dobrze napisało.

Ale równocześnie jestem rodzicem dziecka w wieku szkolnym i po wyjściu z pracy w kwestii nauki w szkole państwowej mojego syna zmuszona jestem niestety wszystko przewartościować…

Bo w szkole państwowej nie liczy się aktywność dziecka czy jego wiedza. Nie liczy się, czy umie sam rozwiązywać zadania i całkiem samodzielnie odrabia lekcje. Liczy się sam fakt, że lekcje są odrobione, a że ręką mamy czy taty nie ma już znaczenia. Nie ma znaczenia, czy czyta całe lektury czy tylko streszczenia skoro zna nazwiska głównych bohaterów. Nieważne jest, że się stara i próbuje, bo jeśli nie ma uzdolnień muzycznych i tak najprościej w świecie słoń mu nadepnął na ucho, 5 z muzyki mieć nie będzie.

Dla samych dzieci nie jest to problem, bo naprawdę duża ich część jakoś podświadomie czuje, że oceny o niczym nie świadczą. Jednak my, rodzice, szczególnie ci z nas, którzy o polskim systemie edukacji jakieś pojęcie mają, którzy z racji swojego wykształcenia i zawodu z nauczycielami państwowymi mają kontakt, wiemy, że to właśnie oceny o wszystkim decydują. My rodzice wiemy, że bez dobrych ocen na świadectwie ciężko będzie dostać się do dobrej szkoły średniej. My rodzice wiemy, że oceny dziecka są niejako jego wizytówką. My rodzice wiemy, że pomimo tego, iż w życiu oceny znaczenia nie mają żadnego, w szkole są jedyną liczącą się rzeczą. My rodzice wiemy, iż pomimo tego, że jest to nieetyczne i po prostu niesprawiedliwe, każdy nauczyciel wyrabia sobie opinię o naszych dzieciach przez pryzmat ich ocen. I każdy nauczyciel, mimo iż robić tego mu nie wolno, ocenia każde dziecko inaczej – bo nawet w szkole podstawowej są równi i równiejsi. Co gorsza, taki nauczyciel uzasadnia jawną niesprawiedliwość w traktowaniu dzieci „indywidualizacją procesu nauczania”… podczas sprawdzianów… A spróbuj, drogi rodzicu, zwrócić takiemu nauczycielowi uwagę…

Ze świeczką szukać można w szkole państwowej nauczyciela, który autentycznie nauczycielem chce być i z wybranego zawodu jest zadowolony. Naprawdę trudno w szkole państwowej znaleźć nauczyciela oddanego swojej pracy, który sam chce się kształcić i który rozumie, że to on jest w tej szkole dla dzieci, a nie odwrotnie. Nadal zdumiona jestem brakiem zaangażowania, brakiem jakichkolwiek chęci przekazania wiedzy tym młodym ludziom, którzy za lat kilkanaście będą rządzili krajem. Niekoniecznie naszym… 😉 Zdumiewa mnie to podejście nauczycieli do pracy w szkole, które może i było akceptowalne 20 czy 30 lat temu, ale obecnie jest po prostu żałosne. Bo większość nauczycieli nadal wychodzi z założenia, że uczeń powinien cicho siedzieć, o nic nie pytać i przepisywać z tablicy niczego nie kwestionując. Większość nauczycieli nadal uważa, że strach jest lepszy od szacunku – nie muszą mnie szanować, wystarczy, że będą się mnie bać. I chyba najgorsze ze wszystkiego – nauczyciel w szkole państwowej nigdy się nie myli i nigdy błędów nie popełnia, jest wszystkowiedzący. A gdy jednak błąd popełni i się pomyli, nigdy – NIGDY – się do tego nie przyzna, bo boi się, że straci autorytet i szacunek. Ale żeby coś stracić, najpierw trzeba to mieć…

I tak dzieci w szkole uczą się, że najważniejsze są cyferki, za którymi nic nie stoi. Że trzeba oszukiwać i kłamać. Że przenigdy nie wolno przyznać się do błędu. Że życie jest niesprawiedliwe i za zrobienie tego samego jeden dostanie pochwałę, drugi dostanie po głowie. Że nie ma po co się starać, bo oceny często wystawiane są na chybił trafił. Że tylko nauczyciel ma władzę i może karać i „tępić” ucznia, który mu podpadł (lub któremu podpadli rodzice ucznia) przez wiele lat bez żadnych dla siebie konsekwencji. Że nauczyciel ma prawo narażać zdrowie dzieci zabierając je porozbierane na dwór w listopadzie, bo taki ma kaprys. Że nauczyciel może w każdej sytuacji wybrać sobie winnego i go ukarać, bo prawda go nie interesuje. Tego właśnie uczy nasze dzieci szkoła, ale to my, rodzice, musimy stawić czoło trudnym pytaniom. Bo są dzieci dociekliwe, które pytają dlaczego…

A mnie już brakuje odpowiedzi…

Reklamy