OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Okazuje się, niejako ku mojemu zaskoczeniu, że liczba naszych wizyt w Londynie z dzieckiem/dziećmi już jakiś czas temu zaczęła przebijać liczbę takich to wizyt jedynie w towarzystwie ludzi dorosłych. Wszystko ma oczywiście swoje plusy i minusy, i choć Londyn niezmiennie pozostaje tak samo wyjątkowy, jakość tych wizyt, a czasem nawet ich treść, znacząco się zmieniła. 

Podczas naszych samotnych wypraw do Londynu udawało nam się zaoszczędzić na wielu aspektach wycieczki, co dawało nam później dużo większe możliwości zakupowe. Jeżdżąc bez dzieci po Londynie poruszaliśmy się piechotą. Dojść byliśmy w stanie prawie wszędzie, a jedyne wycieczki metrem to z i na lotnisko oraz do Greenwich. W każde inne godne naszej uwagi miejsce docieraliśmy na własnych nogach przyjemnie spędzając czas i odkrywając coraz to nowsze urocze miejsca. Raz nawet trafiliśmy pod bramę domu Freddie’ego Mercury’ego, gdzie wykończeni wielogodzinnym spacerem jedliśmy kanapki siedząc na krawężniku…

OLYMPUS DIGITAL CAMERAObecnie jednak wędrówki dłuższe niż półtorej godziny – chyba że mamy szczęście i po drodze co najmniej dwa McDonald’s i sklep z zabawkami – kończą się jęczeniem, marudzeniem, pokładaniem się gdzie popadnie i ogólną niechęcią do życia i oczywiście, przede wszystkim, do nas – brutalnych, wrednych, nieludzkich i bezwzględnych rodziców, którzy najpierw zabierają do Londynu, a potem każą po nim chodzić na nogach własnych… A więc teraz, pierwsze co robimy po dotarciu na Marble Arch, to kupienie Travelcard, aby dzieci nasze mogły bez ograniczeń jeździć metrem, względnie double-deckerem, a nie chodzić. I tak pozbywamy się minimum 70 funtów, za które moglibyśmy tyle fajnych rzeczy w Disney Store kupić. Albo nawet coś dla dzieci…

Samotne wyprawy oznaczały również inne zwyczaje żywieniowe. Zaraz po śniadaniu następowało szykowanie kanapek na drogę. Skoro wszędzie chodziliśmy, w ciągu dnia do hotelu nie wracaliśmy, bo nie miało to sensu. W konsekwencji prowiant na cały dzień braliśmy ze sobą – góra kanapek, ciasteczka shortbread z Tesco i woda. Kolacja to była chińska zupka, ewentualnie trzy gorące kubki. Dzieci jednak wymagają od nas innego, zdrowszego odżywiania się. Ok, przyznaję, że McDonald’s to nie jest kwintesencja zdrowego jedzenia, ale zdaje się, że w porównaniu do zupek chińskich plasuje się trochę niżej na skali śmieciowego jedzenia. Wprawdzie nadal kanapki to podstawa, ale obecnie choć jedna wizyta w knajpie fish&chips jest obowiązkowa. Do gorących kubków doszły również kubkowe kisiele, budynie i gorąca czekolada. No i Pringlesy – wycieczka do Londynu nie może obyć się bez Pringlesów.

O ile z biegiem lat i przybywania dzieci trasy naszych dawniej wyłącznie pieszych wycieczek nie zmieniły się, to zdecydowanie zmieniła się ilość czasu spędzana w poszczególnych miejscach oraz powody tych miejsc odwiedzania. Dawniej przez parki – Kensington Gardens, Hyde Park, Green Park i Saint James’s Park – przechodziliśmy kierując się to na Marble Arch, to do Natural History Museum, to pod Buckingham Palace, obecnie w parkach musimy spędzić o wiele więcej czasu. Bo trzeba pograć w piłkę. Bo trzeba pobiegać. Bo trzeba znaleźć wiewiórki. Bo trzeba wyzbierać wszystkie kasztany. Bo trzeba odpocząć po tym całym chodzeniu (?!?). Ilość czasu spędzanego w londyńskich parkach zwiększyła się tak dramatycznie, że zakupiliśmy specjalny nieprzemakalny koc piknikowy…

Dawniej Trafalgar Square był idealnym miejscem na odpoczynek na schodach, drugie śniadanie, siusiu i mycie rączek, podziwianie Big Bena z oddali oraz odwiedzenie Słoneczników Van Gogha w National Gallery. Teraz National Gallery odwiedzamy tylko w ramach siusiu, a Trafalgar Square służy dzieciom do wykończenia rodziców – dzieci gonią gołębie po całym placu i próbują za wszelką cenę wejść do którejś z fontann, a rodzice latają za dziećmi i próbują je za wszelką cenę powstrzymać.

Dawniej do London Transport Museum nawet nie wchodziliśmy. Teraz spędzamy tam kilka godzin usiłując przekonać dzieciaki, że może jednak warto już wyjść. Przyznaję, że jest to świetne miejsce zarówno dla dużych i małych i wszyscy bez wyjątków bawimy się tam świetnie (za 17 funtów za bilet), ale wyciąganie Maleńtasa spod zabawkowych pociągów, przekonanie go, że kask musi zdjąć i zostawić, powstrzymanie go przed wsiadaniem do każdego wagonu czy autobusu, na którym jest jasno i wyraźnie, aczkolwiek po angielsku, napisane, aby tego nie robić, jest po prostu męczące.

Dawniej do księgarni, Foyles i Waterstones, oraz antykwariatów na Charing Cross Road chodziliśmy dla przyjemności i w celu zakupu książek w Polsce niedostępnych. Już przy wejściu rozchodziliśmy się każde w interesującą go stronę i spędzaliśmy cudowne godziny wertując książki, szukając, oglądając i kupując. Teraz do Foylesa chodzimy na siusiu… Ok, przyznaję, że nie jest to stuprocentowo wina dzieci. Posiadanie Kindle’a też wpłynęło troszeczkę na sposób postrzegania aspektu użytkowego księgarń…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zmieniła się też jakość doświadczeń zakupowych. To niestety jeden z aspektów życia, który uległ zmianie nie tylko w Londynie, ale wszędzie. W Londynie jednak zmiana ta jest jakby bardziej boleśnie odczuwalna. Lata temu londyńskie zakupy oznaczały swobodne poruszanie się po Disney Store w wolnym tempie, zatrzymywanie się tam, gdzie ja chciałam, oglądanie, wybieranie, kupowanie lub tylko podziwianie. Obecnie poruszanie się z wózkiem swobodne nie jest. Tempo narzucane jest przez Maleńtasa (Mama, jedziemy!!!). Zatrzymujemy się tam, gdzie chcą dzieci lub tam, gdzie nie ma porcelany (a więc żegnaj moja kolekcjo Kłapouszkowych kubków – jak ktoś mi coś stłucze, to już nie dokupię… chlip). Obecnie zakupy robimy na wyścigi, a więc wpadamy do sklepu, po którym ciężko jest jeździć wózkiem, w locie łapiemy to, co chcemy albo to, co akurat jest w bezpiecznej odległości i po zapłaceniu uciekamy ze sklepu zanim zacznie się wycie…

 

Znacząco zmieniła się również tak ilość, jak i zawartość bagażu, jaki nosimy ze sobą po Londynie. Dawniej był jeden plecak z kanapkami i piciem oraz moja torebka. Teraz oprócz ewentualnego prowiantu dla nas, potrzebujemy górę różnorakiego jedzenia dla dzieci, ciuszków na przebranie, bo wypadki chodzą po dzieciach i zabawki, bo trzeba je jakoś pacyfikować. I to wszystko należy zmieścić w torbie i przypiąć do wózka tak, aby ten się nie przewrócił – co jest nie lada wyzwaniem. Zmienił się także wielbłąd – dawniej plecak z prowiantem nosiła moja druga połowa. Obecnie połowa ta nosi, ależ owszem, ale swój sprzęt fotograficzny…

Londyn, choć z roku na rok przybywa mu drapaczy chmur i innych nowoczesnych wieżowców, kusi nas obecnie tak samo, jak kusił zanim zaczęliśmy przywozić do niego dzieci. Dzięki nim każda wyprawa jest wyjątkowa i uczy nas czegoś nowego – gdzie są place zabaw, jak dojść do T-Rexa w Natural History Museum na skróty, w którym McDonald’s są darmowe toalety z miejscem do przewijania, na którym piętrze w Hamley’s jest Tomeczek i Przyjaciele. Bo w Londynie każdorazowo można odkryć coś nowego i choć nasze wycieczki nigdy już nie będą takie, jak dawniej, nigdy też dzięki naszym małym łobuzom nie będą nudne.

Reklamy