Jako mała dziewczynka marzyłam o lalce Barbie. Miałam Fleur i Steffi, ale to przecież nie były Barbie… A w latach 80-tych, lalka Barbie to niestety nie była nasza półka cenowa… Z czasem lalek w domu przybywało i choć głowy sobie uciąć nie dam, to wydaje mi się, że w którymś momencie i Barbie mogła się pojawić.Ale lata były już 90-te, Barbie na niższych półkach leżała i dostępna była dla przeciętnego człowieka.

Jako większa dziewczynka marzyłam o ślubie w białej księżniczkowej sukni ślubnej; takiej z koronkami i falbankami i gorsetem i mnóstwem warstw. Minęło trochę czasu, a i taka suknia się przytrafiła. Z koronkami, falbankami, gorsetem i mnóstwem warstw. Na dwóch kołach. Z rozszerzanymi rękawami. No śliczna była. W sumie jej „śliczność” była przeciwnie proporcjonalna do wygody bycia w nią ubraną. Plus zupełnie niezamierzony efekt wizualny – ogromna beza. Ale kolejne marzenie spełnione.

I więcej marzeń nie pamiętam. Na pewno jakieś były, ale gdzieś uleciały. Bo czas nadszedł, aby dorosnąć i marzenia zamienić w plany. Bo marzenia spełnią się albo się nie spełnią, są mniej lub bardziej nierealne (lub właśnie realistyczne), jednego dnia są, drugiego ich nie ma. A plany się realizuje.

Już jako dziecko postanowiłam sobie, że mieszkać będę w bloku. Bo 25 lat mieszkałam w domku wolnostojącym i bokiem mi to wychodziło. Więc zaplanowałam sobie, że będę mieszkać w bloku. I mieszkam.

Jako nastolatka postawiłam sobie za cel mieć w dorosłym życiu sypialnię i prawdziwe łóżko. Od dziecka sypiałam to na fotelu rozkładanym, to na tapczanie, a zawsze chciałam mieć łóżko. Takie prawdziwe, co to się nie składa i nie służy potem do czegoś innego. I mam. Już drugie nawet, bo pierwsze było budżetowe i się rozpadło.

Na studiach nagle zachciało mi się jechać do Londynu. Nie na zorganizowaną wycieczkę z przewodnikiem. Na takich byłam dwóch i średnio mi się podobały. Chciałam jechać na własną rękę, z przewodnikiem-książką, z mapą Londynu i kimś, kto tę mapę będzie umiał rozszyfrować. I kilka miesięcy oszczędzania, dobrej organizacji i wraz z przyszłym wtedy mężem do Londynu pojechaliśmy. I tak sobie nadal jeździmy, średnio raz do roku…

dscn1404

dscn1265

Obecnie bardzo modnym jest marzyć i czytać książki motywacyjne. Jeszcze modniejszym jest rozgłaszać to wszem i wobec, mówić o tym na spotkaniach ze znajomymi, pisać o tym na blogach i w mediach społecznościowych… Co jest nie tak z tym obrazkiem? Ano właśnie to mówienie i rozgłaszanie, że się książki, artykuły i blogi motywacyjne czyta. Nie, nie robi się nic, aby te marzenia przybliżyć, aby zamienić je w realne i realistyczne plany. Nie, obecnie modnym jest czytanie o motywacji. Kropka.

Jakiś czas temu komuś szczególnie bliskiemu mojemu sercu i duszy, zupełnie nieświadomie udało się mnie obrazić sugerując mi, że ambicji nie mam, że do niczego w życiu nie dążę… Czemu? Bo ja nie czytam tych fantastycznych poradników motywacyjnych i nie marzę o tym, żeby swoje życie zmienić o 180 stopni. Bo wychodzę z założenia, że jak się coś chce, to się robi, a nie książki czyta. Na co mój rozmówca stwierdził, że w takim razie ja niewiele chcę…

Jednym z problemów tych wiecznie niezmotywowanych ludzi jest to, że celem ich życia jest „chcieć”, a nie autentycznie „mieć” to, co się chce. Bo gdy się „chce” i teoretycznie dąży do tego czytając książki o motywacji i nie robiąc nic innego w tym kierunku, ma się powód, aby być ciągle niezadowolonym. Bo ja mam marzenie i teraz muszę się zmotywować, aby je zrealizować (znaczy, samo marzenie Cię nie motywuje???) i dążę do tego (czytając blogi o motywacji), a Ty nie, ergo nie jesteś ambitny, a ja tak. Ale, mój drogi marzycielu, ja nie czytam artykułów o motywacji, tylko autentycznie i fizycznie osiągam swoje cele. Ciężką pracą. Wyrzeczeniami. Poświęceniem. Oszczędzaniem. Zaangażowaniem. Oddaniem. Niewyspaniem. Nieczytaniem książek o motywacji. Działaniem.

Rok prawie cały chodziły za mną miski Joseph Joseph. Chodziły, chodziły i wychodziły. Całkiem niedawno stałam się ich szczęśliwą posiadaczką.

Od kilku lat myślałam o tym, aby znów zobaczyć świąteczny Londyn. Planowanie, kiedy Maleńtas będzie na tyle duży, aby z jednej strony wytrzymać w Londynie zimą, a z drugiej strony jakąś przyjemność z tego mieć. Wyczekiwanie na niższe ceny biletów, bo ostatnio coś wizzair cenowo szaleje. Trwało to, trwało. Ale jakiś czas temu bilety zamówiłam i opłaciłam i kolejny cel osiągnięty. No, będzie osiągnięty już za dni kilka…

dsc_6412

Trzy lata czekaliśmy na wakacje w Grecji. Czekaliśmy, zbieraliśmy, pojechaliśmy. I w przyszłym roku jedziemy po raz kolejny.

Czy moje cele/plany/marzenia są przyziemne? Bo nie planuję założenia firmy, kariery zawrotnej, sławy czy choćby nawet zmiany pracy, to znaczy, że moje marzenia są gorsze i mniej ważne? Mniej ambitne? To jest właśnie coś, czego chroniczny marzyciel nie potrafi pojąć. Ludzie mogą być szczęśliwi. Tu i teraz. Z tym, co mają. Bo mają dokładnie to, o czym marzyli. Bo będąc szczęśliwymi mogą „marzyć” o miskach Joseph Joseph. Bo nie potrzebują nierealnych celów, aby żyć dalej. Bo żyją teraźniejszością i bliską przyszłością. Bo obierają sobie cele, które zrealizują i które to ich szczęście dopełnią. Bo nie potrzebują motywacyjnych bzdur po to, aby dalej żyć. Bo ich celem nie jest pogoń za czymś niesprecyzowanym i abstrakcyjnym. Bo to coś, dokładnie określone, czasem materialne, czasem nie, już mają.

Żal mi ludzi, którzy nie potrafią cieszyć się tym, co mają. Żal mi tych, którzy ciągle muszą sobie stawiać jakieś nowe cele, aby jakoś egzystować. Żal mi ich, bo nie tylko sami są nieszczęśliwi, ale dodatkowo, świadomie lub nie, unieszczęśliwiają swoich bliskich. Wiecznie niezadowolony mąż czy żona ciągle szukający czegoś innego, niż to, co ma, niszczy nie tylko siebie, ale i uprzykrza życie innym. Bo czy nie będziesz chciał pomóc ukochanej osobie spełnić jej marzenia, nawet kosztem swoich? I czy to jest fair?

Będąc szczęśliwym tu i teraz, żyjąc chwilą obecną, żyjemy. A to życie mamy tylko jedno i czy naprawdę warto spędzić je planując, co się zrobi za 10 czy 20 lat, zamiast żyć i cieszyć się tym, co jest teraz? Czy warto rozpamiętywać to, czego nie mamy, zamiast patrzeć na to, co mamy? Czy warto siedzieć i myśleć, co będziemy robić i jakie marzenia zrealizujemy, gdy dzieci pójdą w końcu do szkoły lub gdy się kiedyś wyprowadzą, a do tego czasu być niezadowolonym ze swojego życia? Czy będąc szczęśliwą teraz, zadowoloną z tego, co mam, ciesząc się swoją rodziną, jestem gorsza i nie mam ambicji? Czy moje życie jest mniej pełne i wartościowe, bo jestem szczęśliwa? Bo tu zauważam kolejny trend obecny w naszych czasach. Szczęście jest w teorii celem każdego. Ale bycie nieszczęśliwym i niezadowolonym jest tym, co widzimy w praktyce. Bo tylko wtedy możemy do woli narzekać, krytykować, szukać motywacji i bezkarnie rozprzestrzeniać swój brak satysfakcji z życia. Ale to jest takie błedne koło, bo ci wiecznie niezadowoleni marzyciele dokładnie tacy będą do końca życia. Jest to typ człowieka, który nawet, gdy osiągnie to, o czym rzekomo marzył, nadal jest niezadowolony. Bo okazało się, że to „coś”, czego pragnął nie jest w połowie tak satysfakcjonujące, jak myślał. Więc szuka nowego wyzwania. Spędza mnóstwo czasu motywując się na nowo i próbując cel osiągnąć. I klops, bo znów okazuje się, że to nie to…

Drodzy motywacyjnie upośledzeni marzyciele. Ja rozumiem, że naprawdę fajnie jest gonić króliczka – ta adrenalina, ten stres, życie na krawędzi i tym podobne bzdury. Ale gdy już się go złapie, świat się naprawdę nie kończy. Wręcz przeciwnie. Złapanie króliczka otwiera tyle nowych drzwi. Potrawka. Pasztet. Futro. Bo celem człowieka nie powinna być tylko gonitwa za tym króliczkiem. Ale jeśli już po wielu latach gonitwy, po milionie przeczytanych książek motywacyjnych, po uczestnictwie w wielu warsztatach motywacyjnych i samorozwijających, gdy już go w końcu złapiesz i nadal czujesz się niespełniony, niezadowolony, nieszczęśliwy, to może po prostu zmarnowałeś lata goniąc niewłaściwego króliczka…

Reklamy