Świadoma myśl o śmierci po raz pierwszy walnęła mnie jak obuchem, gdy miałam dziewięć lat. Było to dzień przed moją pierwszą komunią. A właściwie noc. Nie mogłam zasnąć. I nagle uświadomiłam sobie, że kiedyś umrę, że kiedyś przestanę być. Myśl ta przeraziła mnie ogromnie. Był to chyba mój pierwszy w życiu atak paniki. Nie wiem skąd się to wzięło. Przypuszczam, że to przez te maleńkie drewniane wałki, które wbijały mi się w głowę. Bo to był rok 1990. A w tamtych czasach „komunistki” koniecznie musiały mieć loczki na włosach. Podejrzewam, że autentycznie był taki wymóg dla małych dziewczynek przystępujących do pierwszej komunii, bo wszystkie, jak jeden mąż, miałyśmy loczki. A że miękkie papiloty do Polski trafiły lata świetlne później, moje pokolenie torturowane było drewnianymi wałkami. Bolesne doświadczenie. Dostrzegam tu formę znęcania się nad dziećmi. Ale cóż,taka była moda… I przez te upiorne wałki nie mogłam zasnąć. Więc zaczęłam myśleć. Jak doszłam do umierania, pojęcia nie mam, ale przeraziłam sama siebie tak skutecznie, że całą noc nie spałam. Bo myśl, że umrę i jak umrę to mnie już nie będzie, a w telewizji nadal będą nowe bajki i seriale, a ja już ich nie zobaczę, wystraszyła mnie ogromnie. Ale dziewięć lat niecałe miałam, więc te bajki były naprawdę ważne…

Mój syn miał niecałe pięć lat, gdy wracając z przedszkola w drodze na przystanek autobusowy, trzymając mnie za rękę, powiedział, że nie chce umrzeć i się rozpłakał. Nigdy wcześniej temat śmierci nie pojawił się w naszych rozmawach. 1ego listopada jeździliśmy na cmentarz lampki zapalać – nigdy nie mówiliśmy po co, ani czym są groby, a on nigdy nie pytał. I nagle, kilkanaście metrów przed przystankiem z ust mojego małego Ptysia padło słowo śmierć. Skąd? Bo pani w przedszkolu im opowiadała… No krew zalała mnie na miejscu i szlag trafił. Całe szczęście dla pani, że na autobus się spieszyliśmy. A wszystkie inwektywy, którymi panią z przedszkola głównie w myślach, ale i trochę na głos obrzuciłam, do powtórzenia się nie nadają. Przechodząca przez kryzys wieku średniego idiotka niespełna pięcioletnie dzieci o śmierci będzie uświadamiać. No z czym do ludzi???

Maleńtas ma dopiero dwa lata i mam nadzieję, że dużo czasu upłynie zanim temat śmierci trzeba będzie poruszyć. Bo jak tu rozmawiać o tym z dzieckiem, nie umiejąc samemu tego ogarnąć?

Każdy ma swój sposób na radzenie sobie ze stratą. Każdy ma swój mechanizm obronny. Moim jest zaprzeczenie. Stanęłam na pierwszej fazie i nie potrafię przejść dalej. Stoję tak już dobre półtora roku, a tu kolejny wstrząs i nie widzę, aby w najbliższym czasie poszło dalej. To nawet nie jest tak, że nie chcę przejść przez wszystkie 5 faz i dojść w końcu do akceptacji. Po prostu nie potrafię. Niby zdaję sobie sprawę, że bliskie mi osoby zmarły, że już ich nie ma, ale tylko pozornie. Ani moja świadomość, ani podświadomość nie przyjmują tego do wiadomości – typowy „denial”. Bo jak można przejść nad tym do porządku dziennego? Jak można pogodzić się z tym, że człowieka, który za cel swojego życia obrał krzywdzenie innych, szlag po prostu trafia nagle, bezboleśnie i szybko, podczas gdy inny, dobry człowiek, który bezinteresownie pomagał innym, umiera przez wiele dni w bólu, odarty z godności, poniżony i upokorzony? I gdzie tu sprawiedliwość?

Oglądając filmy amerykańskie, w których co jakiś czas bohaterzy podpisują DNR wbrew rodzinie zawsze myślałam, że nigdy bym się na to nie zdobyła. Bo ja chcę żyć. Za wszelką cenę. Mam w sobie wolę walki i nigdy się nie poddam. Ale widok bliskiej osoby zaintubowanej, odzyskującej i tracącej świadomość, bezsilnej, nie mogącej się poruszyć, odezwać, dać jakiegokokwiek znaku, że jeszcze jest, że walczy, że próbuje… widok piany wydostającej się z ust, rurki do intubacji przywiązanej do głowy, kapiącej powoli kroplówki… dźwięk pikającej non stop maszyny, dźwięk pompy wpychjącej powietrze w płuca ciężko chorej osoby… to wszystko razem zmienia perspektywę. DNR nie brzmi już tak głupio…

A najgorsza jest ta niewiedza… czy modlić się o to, aby jeszcze wytrzymali, bo będzie lepiej, bo przecież z czasem musi być lepiej, czy o to, aby to ich cierpienie już się skończyło…

Nie rozmawiam o śmierci. Nie dlatego, że jestem nieczuła, ale dlatego, że nie potrafię. Mój trzydziestopięcioletni umysł nie ogarnia tego tematu. Idę do pracy i próbuję o tym nie myśleć. Z marnym skutkiem, jak się okazuje, ale taki jest mój „coping mechanism” (strategia radzenia sobie? język polski bardzo ogranicza jednak…). Jestem troszkę jak dziecko – jak będę dalej funkcjonować, jakby nic się nie stało, to może to się odstanie? Niby wiem, niby rozumiem, ale nie chcę o tym myśleć. Bo jak zacznę, stanie się to jeszcze bardziej realne i wtedy mogę sobie nie poradzić. Więc utknęłam na fazie zaprzeczenia i dalej już chyba nie pójdę…

Reklamy