Bez przerwy bombardowane jesteśmy wizerunkami perfekcyjnych, szczupłych, pięknie wymalowanych i ubranych młodych mamusiek. Sexy mama – od kilku lat trend ten dominuje w magazynach poświęconych młodym mamom, w telewizji, na internecie. Po co? Aby pokazać nam, że czegoś nam brakuje, że o siebie nie dbamy, że nie jesteśmy już kobiece. Celem tych wszystkich akcji marketingowych jest oczywiście naciągnięcie nas na zakup drogich kosmetyków, sprzętów do uprawiania sportów w domu (z niemowlęciem na rękach?), karnetów fitness, pozornie „zdrowego” jedzenia, które zawiera trzy rodzaje cukru, ale w nazwie ma „light” lub „fit”. I my to wszystko wiemy. Wiemy, że koncerny kosmetyczne czy spożywcze chcą nas wykorzystać, naciągnąć nas na zakup produktów zachwalanych przez Kasię Cichopek kilka tygodni po urodzeniu dziecka i po kilku godzinach z Photoshopem. Mądre jesteśmy wbrew temu, co o nas te wszystkie firmy myślą. Mądre i inteligentne. Rozsądne i pragmatyczne. Ale nie sexy… I w efekcie, jedyne co marketingowcy osiągają, to wpędzenie nas w kompleksy… I nie jest już zupełnie ważne, że jesteśmy dobrymi mamami i żonami – a nie jest łatwo być obydwoma po pojawieniu się na świecie dziecka. Jedyna rzecz, jaka jest istotna, to fakt, że nie jesteśmy sexy… przynajmniej w oczach tych wszystkich firm i Kasi Cichopek…

Ptyś na pamiątkę swych narodzin zostawił mi sporo kilo nadwagi. Fakt, nadwaga już była, gdy Ptyś był planowany. Geny takie. Wiem, wiem, wszyscy tak mówią. Ale w tym przypadku to prawda. Z całej mojej rodziny najbliższej jestem najszczuplejsza, a do telewizyjnej szczupłości dużo mi brakuje. A właściwie nie brakuje nic – za dużo wszystkiego mam i tyle. I choćbym nie wiem jak mało jadła, jakimi sportami się katowała – nic, waga ani ruszy. W dół znaczy się nie ruszy, w górę rusza nader łatwo. Pamiętam przed ślubem swoją determinację do schudnięcia. Lekka dieta, basen dwa razy w tygodniu, rowerek w pozostałe dni… Pełnoziarniste bułeczki z sałatą zieloną i pomidorem bokiem mi już wychodziły. Włosy też wychodziły – od chloru w basenie. A mój zadek do tej pory awersję do rowera ma. Ale schudłam i ładnie wyglądałam. Przynajmniej wtedy tak mi się wydawało… Dziś patrzę na zdjęcia ślubne i obok eleganckiego męża mojego stoi ogromna biała beza… Zdjęć z podróży poślubnej – tych, na których jestem – już nie mam odwagi oglądać. Ale to i tak nic w porównaniu z ciążą i stanem po. Do wagi przed porodem na trzeźwo się nie przyznam, ale powiem tylko, że wstyd mi do tej pory… Po porodzie sporo spadło, w końcu sam Ptyś to czyste 4 kilo było, ale i tak przez kolejne bodajże dwa lata wyglądałam jak Monica Geller z „Friends” w kostiumie grubasa. Tylko że ja kostiumu nie miałam…

Przyznam bez bicia, że po narodzeniu się Ptysia głeboko w czterech literach miałam swój wygląd. Ptyś przyklejony był do mnie odkąd rano się obudził aż do momentu snu nocnego. W tym czasie wszystko praktycznie robiłam na leżąco, bo Ptyś chciał być karmiony non stop. I tak jadłam na leżąco, czytałam na leżąco, denerwowałam się, że nie mogę iść siusiu na leżąco… Bo cewnika mi w domu nie zakładali, więc pęcherz musiał czekać czasem godzinami, aż mąż na pół godziny między jednymi zajęciami a drugimi wpadnie do domu. I okazało się, że sportu na leżąco z dzieckiem przyklejonym do piersi nie da się uprawiać. Ale to było prawie dekadę temu i bycie sexy mamą jeszcze nie było modne…

W pewnym jednak momencie zaczęłam się czuć źle sama ze sobą. I postanowiłam pozbyć się przynajmniej części tej nadwagi. Po wielu próbach, mniej lub bardziej wyniszczających organizm, udało się i osiągnęłam najniższą wagę, jaką jako osoba dorosła miałam. I czułam się dobrze, i zdjęcia pozwoliłam sobie robić, a niektóre nawet wywołałam. Ale nie zrobiłam tego wszystkiego, bo trend taki. Zrobiłam to dla siebie. Żeby dobrze się czuć. Żeby bez skrępowania przebywać wśród ludzi. Bo moja praca tego wymaga. Przebywania wśród ludzi, a nie bycia szczupłym. I przebywałam sobie wśród tych ludzi, dużych i małych, całkiem z siebie zadowolona, aż do narodzin drugiego dziecka.

Ptyś na pamiątkę swych narodzin zostawił mi tylko sporo kilo nadwagi. Tylko… Bo Maleńtas, proszę ja Was, postanowił pójść o krok dalej. Mama wcale nie przytyła tak dużo w ciąży i całkiem nieźle wyglądała? Hmm, challenge accepted – pomyślał Maleńtas. I gdy był jeszcze w brzuszku poprzerwacał mi wszystkie narządy wewnętrzne. No serio mówię, wszystko mam teraz z przodu zaraz pod skórą. I nie da się tego za cholerę wcisnąć na miejce, między żebra, bliżej kręgosłupa. No krew człowieka może zalać normalnie. Dieta była i nawet schudłam do nieznanych mi wcześniej rozmiarów wagowych. Hula hopam sobie, bo to jedyny „sport”, na jaki czas znajduję pomiędzy opieką nad Maleńtasem a pracą. Hula hop takie duże z masażerem mam i nerki obijam sobie konkursowo. I nic. Wcięcie ładne mam w pasie, sama zdumiona jestem jak patrzę na siebie w lustrze stojąc do niego przodem. Ale wystarczy, że stanę bokiem i coś mnie trafia. No rozstępy to ja rozumiem, zwiotczałą skórę rozumiem nawet, ale żeby matce rodzonej wnętrzności wywrócić do góry nogami??? I bądź tu kobieto sexy…

A tak poważnie, wszędzie, gdzie się obejrzymy widzimy te piękne odpicowane sławne mamuśki. Ciągle słyszymy, że nie jesteśmy wystarczająco kobiece, szczupłe, ponętne i seksowne. Ale to wszystko dlatego, że my, normalne, przeciętne mamy nie posiadamy armii niań zajmujących się naszymi pociechami od dnia narodzin. Nie mamy trenerów personalnych, którzy za kasę katowaliby nas na siłowni po kilka godzin dziennie. Nie mamy własnych siłowni, saun i basenów. Nie mamy kasy, a nawet gdy ją mamy to nie mamy ochoty, na liposukcję i plastykę brzucha. A co w takim razie mamy? Ano mamy czas dla własnego dziecka, które w nosie ma czy jesteśmy sexy czy nie.

Ps. Nie zrozumcie mnie źle. Jestem za, i rękami i nogami popieram szybki powrót do formy, aktywność fizyczną i dbanie o siebie po porodzie. Ale po pierwsze, nie dlatego, że media tak każą. A po drugie, nie kosztem tej małej istotki, którą na świat sprowadziliśmy. I zostawszy dwukrotnie mamą, patrząc wstecz nie na dni czy tygodnie, ale na miesiące po porodach, śmieszy mnie podejście młodych dziewczyn do kwestii macierzyństwa. Bo mąż mi obiecał, że po porodzie będę mogła na fitness kilka razy w tygodniu chodzić, a on się w tym czasie zajmie dzieckiem. Autentyk… A pytałaś może, co dziecko na to???

Reklamy