Urlop w ciepłych krajach z dwulatkiem uparcie odmawiającym odpieluszkowania jest wyzwaniem pod wieloma względami. Zawsze trzeba mieć przy sobie osprzęt do przewijania i znaleźć odpowiednie do tego miejsce. Trzeba mieć zapas pieluszek, w naszym przypadku dwutygodniowy. Trzeba radzić sobie z otarciami i odparzeniami, bo ponad trzydziestostopniowy upał plus pielucha nie wróżą nic dobrego. No trzeba jeszcze poradzić sobie z malcem w basenie – a więc pieluchomajteczki do pływania. Uważny rodzic jest w stanie przewidzieć ile będzie potrzebował zwykłych pieluszek – to znaczy dzieciak ile będzie potrzebował, a rodzic przewidzi, nie odwrotnie. No ale ile pieluszek do pływania? Basen do południa i po obiedzie, plus dziecku może się zdarzyć coś więcej niż zwykłe siusiu i to też bierzemy pod uwagę. A więc pi razy oko 3-4 pieluszki dziennie. Przez 14 dni daje nam to minimum 45. Lepiej mieć więcej niż za mało, więc powiedzmy ok 50-60. Jedna to około 1zł. Razem daje nam to niezłą sumę. I dodajmy do tego jeszcze zwykłe pieluchy. Sporo pieniędzy, ale jeszcze więcej miejsca, bo te kilka paczek pieluch jakoś trzeba do tego celu podróży przetransportować. A linie lotnicze wprawdzie wózki spacerowe przewożą gratis, pieluszek już niestety nie…

I wtedy na drodze mej pojawiła się alternatywa. No i znów tą drogą był internet, a dokładniej blog parentingowy bardzo popularny, w którym mama blogerka radziła na wakacje wziąć ze sobą kąpielówki z wielorazową pieluszką firmy Lassig. Znalazłam firmę, poczytałam opisy producenta, poszukałam opinii, ale że to nowa rzecz to takowych nie znalazłam. Przekalkulowałam – cena jednej pary kąpielówek wynosi mniej więcej tyle co 50 pieluch do pływania, ale zajmuje zdecydowanie mniej miejsca. To pojechaliśmy, przymierzyliśmy i kupiliśmy. Dwie pary, jakby tak się Maleńtasowi przydarzyła jakaś grubsza sprawa niż siusiu. Spakowaliśmy i w te ciepłe kraje polecieliśmy.

blog_00001

Pierwsze wyjście na basen, Maleńtas wysmarowany od stóp po czubek głowy balsamem z filtrem 50, ubrany w te nowe kąpielówki, w bluzeczkę nową do pływania, w kapelusiku i klapeczkach czeka przy drzwiach aż nas reszta się pozbiera. I nagle słyszę Maleńtasowe „mamua, molo”. W ustach Maleńtasa „molo” oznacza dwie rzeczy – albo motor, albo mokro. W pokoju hotelowym byliśmy, z dala od ulicy, więc opcja motora mało prawdopodobna się wydała. W takim razie zostaje nam mokro… I masz ci babo placek, Maleńtasowi rzeczywiście jest mokro, jeszcze widać jak mu z tych kąpielówek siuśki lecą, a na podłodze między nóżkami kałuża coraz to większa… Wielorazowa pielucha w kąpielówkach… Bardzo chłonna… Zatrzymuje siusiu w środku… No to, co się z ust naszych wyrwało nie nadaje się do powtórzenia… Na patent czekają…Patent na kąpielówki, które przemakają jak zwykłe majtki, tylko kosztują kilkanaście razy więcej???

blog_00002

I tak zostaliśmy na dwa tygodnie z dwoma parami kąpielówek, w których dziecko zasikane jak w zwykłych, z trzema parami pieluchomajtek do pływania – bo tyle w domu mieliśmy, więc wzięliśmy, żeby zużyć, i z niesmakiem po, jak się okazało, głupim zakupie. Bo jakaś mama blogerka zapewne dostała od producenta parę lub kilka par kąpielówek za darmo, żeby im reklamę zrobić i albo ich na dziecku nie przetestowała, a zachwalała, albo, co gorsza, sprawdziła, że zupełnie nie spełniają obietnic producenta ani oczekiwań rodzica, a i tak zachwalała. Bo na tym zarabia… A taki zwykły człowiek, który za darmo nic nie dostaje, pieniądze wyrzuca w błoto… Eh…

blog_00003

I ja niniejszym apeluję, nie polegajcie tylko i wyłącznie na suchych i nie popartych autentycznym używaniem produktów opiniach blogerów zarabiających na życie blogowaniem. Bo bardzo łatwo peany wygłaszać na temat rzeczy, które dostaje się za darmo, tylko po to, aby dostać kolejne. Bo się pewnego razu obudzicie w kałuży siuśków…

Reklamy