Kilka miesięcy po powrocie z Kosu postanowiliśmy poszukać miejsca, w którym spędzimy kolejne wakacje. Została Grecja, w której się zakochaliśmy. Zmieniła się wyspa i biuro podróży – to, z którym byliśmy na Kosie podniosło ceny dramatycznie.

Image00009

Wiedząc już, co jest dla nas ważne – spokój, niewielki hotel, dla rodzin z dziećmi, a co jest nam zbędne – piaszczysta plaża, bo plaża służy nam do spacerów, a takie można „uprawiać” i po kamyczkach, wybraliśmy Kretę. Traf chciał, że zupełnym przypadkiem hotel, do którego trafiliśmy oferował polskie animacje dla dzieci.

Image00001

Image00009

Pierwsze dni były ciężkie. Wszystko tak różniło się od Kosu, że chwilę zajęło mi odnalezienie się na Krecie. Ale jak już przyzwyczaiłam się do naszej okolicy, to żal było wyjeżdżać. Tak się akurat złożyło ciekawie, że przebywaliśmy w pobliżu miasteczka znanego z wyrobów oliwy i  miodu, których to ilości dla męża mego przerażające przyleciały z nami do Polski.

Przekonawszy się rok wcześniej, na czym polegają wakacje zorganizowane, podzieliliśmy sobie wyjazd na baseny przeplatane wycieczkami, bo po całym dniu jeżdżenia i oglądania, chodzenia w czterdziestostopniowym upale i wspinania się po górach, człowiek bardziej docenia to lenistwo na basenie. Więc zwiedzaliśmy, i jeździliśmy. I małe urokliwe miasteczko z fantastycznym mrożonym jogurtem było, i bazar w Chanii, i ruiny na cypelku i wykopaliska archeologiczne w centrum miasta… I chyba moje ulubione miejsce – Knossos. Bo ja, proszę ja Was, odkąd dzieckiem byłam, uwielbiam wszystko, co starożytne i z mitologią związane. A więc Knossos, mimo że zrekonstruowany, to było to, co Tygrysy lubią najbardziej. Namęczyliśmy i siebie, i Ptysia, aby tam autem dojechać, ale warto było.

Image00004

A gdy czas był na baseny, leniuchowaliśmy, jak nigdy wcześniej. Bo Ptyś, po kilku dniach, w końcu przekonał się, że mini klub dla dzieci to świetna zabawa i szedł na klika godzin dziennie męczyć panią Anię, jednocześnie dając rodzicom spokój święty. Po kilku dniach… bo pierwsze pobyty w klubie musiały przecież być z mamą. I żadne przekupstwo lodami nie pomagało, żadne obietnice zakupu Pringlesów… On trochę tam zostanie, ale tylko pod warunkiem, że mama też… No i mama zostawała – jakie wyjście miała? Aż w końcu Ptyś postanowił na próbę zostać sam. A jak już raz został, to wracać do rodziców nie chciał.

Z Krety przywieźliśmy mnóstwo zdjęć, bardzo dużo przypraw, miodu i oliwy oraz ogromny apetyt na więcej… Grecji. Ale w najbliższych planach już wtedy był nowy maleńki człowieczek, więc mimo iż obiecaliśmy sobie greckie wyspy dalej zwiedzać, „kiedy” na razie trzeba było odłożyć na później.

Image00003

Reklamy