Sierpień 2013. Piątek. Wizyta w toalecie. Plamienie. Telefon do przychodni. Wizyta w szpitalu. Płacz – dorosłej kobiety, bo wie, co się dzieje, sześcioletniego chłopca, bo nie wie, co się dzieje, ale podejrzewa, że coś złego.

Decyzja męża o drugim dziecku (długa historia…) przyszła dość nagle, pewnego grudniowego wieczoru, po obejrzeniu w kinie Hobbita. Nie wiem w sumie, jak dużą rolę Hobbit tu odgrywa. Jak od Hobbita doszedł do drugiego dziecka pozostanie zagadką. Ważne jest, że w końcu (!!!) do tego dojrzał.

Jak coś robić, to porządnie, zgodnie z rozsądnym planem, a nie na już. W końcu wakacje wykupione, głupio by było z nich rezygnować. Konsultacje lekarskie, bo przecież już nie jesteśmy tacy młodzi… Fajnie byłoby na pierwsze półrocze kolejnego roku, bo jako sześciolatek pójdzie przecież do szkoły, więc jeśli urodzi się w listopadzie, to praktycznie zacznie szkołę jako pięciolatek. Super byłoby to zgrać z pracą, żeby wakacje mieć jako macierzyński, tak jak było to przy pierworodnym. No i zrobić trzeba tak, żeby loty wakacyjne nie stanowiły żadnego zagrożenia. No więc kwiecień. Będzie w kwietniu. I oczywiście musi być chłopak, w tej kwestii nie negocjuję.

Tak więc od stycznia projekt Drugie Dziecko wchodzi w życie. Zdrowe odżywianie się, kwas foliowy w dawce dla konia, bo wiek i drobne kwestie zdrowotne, zero alkoholu…

Pierwsze podejście i sukces. Pozorny, jak się okazało…

Sierpień 2013. Piątek. Szpital. Patologia ciąży. Nie wygląda to dobrze. Będzie zabieg. Nie ma na co czekać. Ale jest piątek wieczór, więc do poniedziałku i tak nic się nie zrobi. Weekend. Kolejny lekarz. Zaczekamy. Bo może jeszcze będzie dobrze. Żeby błędu nie popełnić. Zabieg zawsze można wykonać później, jak już bedzie pewne. I tak mija dzień za dniem. Każdy taki sam. Płacz i depresja. Dlaczego? I to pocieszanie chyba najgorsze. Następnym razem się uda. Ale dlaczego nie tym razem? Przecież wszystko przemyśleliśmy, wszystko zaplanowaliśmy…

Man plans, God laughs…

Środa rano. Już nie ma sensu czekać. Robimy zabieg. Niech się Pani nie martwi. Tak miało być. To natura tak zdecydowała. Pewnie byłoby chore lub uszkodzone. Tak jest lepiej. Darwin. Survival of the fittest. Natural selection. I to ma sprawić, że lepiej się poczuję? Że przejdę nad tym do porządku dziennego? Bo tak jest lepiej? Dla kogo???

Środa rano. Zabieg bezbolesny. 5 minut i po wszystkim. Po wszystkim??? Jutro Panią wypiszemy. Jutro? Jak jutro?  Ja nie zostaję. Wypis na własne żądanie. Pani jest nieodpowiedzialna. Nieodpowiedzialna? Ja? Bo mam dość? Bo szósty dzień tu płaczę i nie mogę nic na to poradzić? Bo leżę na sali z kobietami, które znalazły się na patologii, bo się przejadły? Bo leżę na sali z kobietami, które za kilka miesięcy przytulą swoje dzieci, a ja nie? Nieodpowiedzialna?

Przez kilka dni proszę się nie przemęczać. Dużo odpoczywać. Nie dźwigać ciężarów. Będzie boleć. Bedzie krwawić. Ale będzie dobrze. Dobrze? Jak może być dobrze? Za niecałe dwa tygodnie wracam do pracy. Jak? Jak mam bawić się i skakać z pięciolatkami? Jak mam uśmiechać się do dzieci i udawać, że wszystko jest super? Jak mam wstać rano z łóżka?

Odpoczywam, nie dźwigam, nie boli, nie krwawi… czekam, aż się ten healing process zacznie… czekam aż będzie bolało… czekam z nadzieją, że będzie bolało… bo zasłużyłam na ból… straciłam dziecko… musi boleć… ból fizyczny w takim przypadku jest jak najbardziej pożądany… żeby tylko móc się na czymś innym skupić… choćby na bólu… a tu nic… organizm przeszedł nad tym do porządku dziennego w tempie ekspresowym… umysł nie… do tej pory…

Niecałe trzy miesiące później udało się… tym razem już nie pozornie… dziewięć miesięcy później Maleńtas pojawił się na świecie… w lipcu… nie w kwietniu…

DSC_2340

 

Po niespełna trzech latach nadal przynajmniej raz w tygodniu myślę o  Aniołku, który miał nas przywitać w kwietniu 2014…

Man plans, God laughs…

Reklamy