W 2012 roku doszliśmy do wniosku, że Ptyś jest na tyle duży już, że może wakacje w Londynie nie są dla niego aż taką atrakcją. Mając niespełna 5 lat zaliczył już Londyn czterokrotnie i, mimo że on sam nigdy na taki rodzaj wakacji nie narzekał, postanowiliśmy kolejny wyjazd wakacyjny zaplanować niejako pod niego. Bo, bądźmy szczerzy, Londyn za każdym razem był, jest i zawsze będzie dla nas, nie dla dziecka/dzieci. A więc zdecydowaliśmy dać mu to, co Tygrysy lubią najbardziej – słońce, plażę i baseny.

IF

Wizyt w przeróżnych biurach podróży było wiele. Bo okazało się, ku naszemu zaskoczeniu, że początek roku kalendarzowego to stosunkowo późno, aby szukać ciekawych ofert wakacyjnych w rozsądnych cenach. Ale czemu nas to tak zdziwiło jest zagadką. Wszak każdy londyński wyjazd planujemy z wyprzedzeniem co najmniej 9 miesięcy…

IF

 

DSC_1028

Cele mieliśmy – czytaj moja druga, bardziej down-to-earth w takich sprawach połowa miała – jasno określone. Piaszczysta plaża – w końcu z dzieckiem jedziemy; blisko hotelu – bo z marudzącym przy dłuższych spacerach dzieckiem jedziemy; hotel na uboczu, w cichym i spokojnym miasteczku – bo z dzieckiem, które o 20ej już śpi jedziemy; koniecznie z placem zabaw – bo z hiperaktywnym dzieckiem jedziemy; ale bez zjeżdżalni przy basenach – bo z lubiącym ryzyko dzieckiem jedziemy. Po długich i stresujących poszukiwaniach zdecydowaliśmy sie na Kos. A było to jeszcze w czasach, gdy Kos aż tak popularny wśród turystów nie był. Wśród imigrantów również.

IF

IF

Wybierając hotel nie wiedzieliśmy nawet w jak zacisznym i spokojnym miejscu on się znajduje. A widok z okna (poniżej) może i lekko nas zdziwił, ale przede wszystkim rozbawił. Idąc do miasteczka – ok, miasteczko to zbyt dużo powiedziane, ulica z restauracjami, tawernami i sklepikami to była po prostu – mogliśmy podziwiać osiołki na wypasie. Ptyś zwierzątkami żywymi zachwycony był dużo bardziej niż plastikowymi figurkami w Natural History Museum.

IF

No więc spędziliśmy z naszym Ptysiem cudowne dwa tygodnie. Nie trzeba było gotować, ani prać, ani sprzątać… i, powiedzmy sobie szczerze, choć większość mężczyzn w tym momencie sobie myśli, że przecież dla nich cały rok tak wygląda, dla mamy sama świadomość tego, że nie musi głowić się, co na obiad zrobić i jak pogodzić wizytę u lekarza, pranie i zakupy z drzemką dziecka jest po prostu cudowna (jak sensownie po polsku powiedzieć liberating i exhilarating???). A wakacje z dobrym biurem podróży, najlepiej all-inclusive, takie właśnie są. Błogie lenistwo, zero zmartwień, fantastyczna pogoda każdego dnia – czego chcieć więcej?

IF

Ano ktoś, kto nie lubi leżeć na słońcu i nic nie robić mógłby chcieć więcej. I to więcej też było. Były wycieczki krajoznawcze, wspinanie się po górach, chodzenie po ogromnych ruinach zamku, zachód słońca w klimatycznej wiosce w górach, prawdziwy grecki gyros w małej knajpce,  świerszcze wielkości pięści, a nawet wycieczka na wyspę wulkaniczną, gdzie, delikatnie mówiąc, jechało siarką…

I przygoda medyczna też była, bo Ptyś nie byłby sobą, gdyby czegoś głupiutkiego nie zrobił… Mały nasz daredevil tak szalał w brodziku, że po jednym z upadków głowę trzeba było szyć. I jakie to ciekawe doświadczenie na małej greckiej wysepce być leczonym przez młodego rosyjskiego lekarza…

IF

Nasze pierwsze w pełni rodzinne wakacje typu „package holidays” były sukcesem, który w latach następnych postanowiliśmy powtórzyć. Oczywiście, już na innych wyspach… i jakoś tak się złożyło, że na razie są to wyspy na literę K…

DSC_1099

Reklamy