Spędziliśmy kilka majowych dni w Wiedniu. A nie w Londynie? No sama się dziwię, powiem szczerze, ale wyjazd do Wiednia okazał się dużo tańszy niż do Londynu.

Po pierwsze, pojechaliśmy autem, a paliwo samochodowe tańsze niż samolotowe. Po drugie, Primark w Wiedniu też jest, a Ptysia trzeba było w skarpety zaopatrzyć, bo coś strasznie urósł ostatnio. Po trzecie, nocowaliśmy w mieszkaniu znajomego, więc dużo zaoszczędziliśmy. Takie rozwiązanie ma swoje oczywiste plusy, ale mając dwójkę dzieci ma też sporo minusów. Bo dzieci – i to bardziej to większe, a nie to malutkie – wszędzie wlezą i wszystko nacisną. A tam klimatyzacja z regulatorem w zasięgu rączek nawet tych najmniejszych. Rolety na oknach zasuwane i rozsuwane przyciskiem na ścianie. Włączniki światła na wysokości metr dwadzieścia. Regulacja podgrzewania podłogi pod włącznikiem światła. I jeszcze teleskop na podłodze w salonie… No i nie zwariuj tu próbując powstrzymać dziewięciolatka i dwudziestodwumiesięcznego Ciekawskiego George’a przed zdemolowaniem mieszkania zupełnie nieprzystosowanego do obecności dzieci…

Ale do Wiednia pojechaliśmy zwiedzać, a nie siedzieć w najbardziej luksusowym mieszkaniu, jakie dane nam było w życiu zobaczyć. No więc zwiedzaliśmy. Głównie na nogach, bo jak się w samym centralnym centrum Wiednia mieszka, to wszędzie blisko jest. I dzieciakom bardzo to odpowiadało, choć nasz starszak na ból nóg tradycyjnie narzekał. Były parki i ogrody, ratusze i katedry, pałace i muzea… Był park rozrywki i zanim do niego poszliśmy, to nawet mieliśmy pieniądze, ale tam się rozeszły… Była kawa w McDonald’s i pralinki Lindt w sklepie z czekoladą… Było metro nawet – ale nikt nie mówił „Mind the gap between the train and the platform”. A owe gaps between the train and the platform były… I skąd Wiedeńczycy mają wiedzieć, że tę „gap” trzeba „mind”? Jednak co Londyn, to Londyn…

Wiedeń może i piękny jest, ale taki strasznie niemiecki. Tak, tak, wiem, że Wiedeń to Austria, a Austria to nie Niemcy. Ale ja językowiec jestem i język to jest to, na co zwracam szczególną uwagę. A Austriacy niestety język sobie niemiecki wybrali i jakoś innego używać nie chcą. Niby taka wielka i wielonarodowa metropolia, turystyczne miasto, zwiedzających na każdym kroku „jak mrówków”… a po angielsku mówić nie będą… Polskiego przyznam szczerze nie próbowałam nawet używać w kontaktach z tubylcami. Ale skoro po angielsku nie chcieli, to założyć muszę, że polskiego też by nie zaakceptowali.

DSC_2017

DSC_2067

Poszłam raz sama do sklepu, bo chleb się skończył. I ciasteczka też. I mleka nie mieliśmy. Sklep samoobsługowy całe szczęście, ale kasa już niestety nie. I pech chciał, że wyświetlacz przy kasie zepsuty był i za nic w świecie nie wiedziałam, ile mam zapłacić. Pani do mnie po niemiecku, ja jej po angielsku, że nie rozumiem, bo niemieckiego nie znam i czy mogłaby mi w mniej raniącym uszy języku odpowiedzieć, a ona do mnie zaś po niemiecku… No to dałam jej 20 euro, bo wiedziałam, że to na pewno pokryje cenę chleba, mleka i ciasteczek… I nie była to jedyna instancja, kiedy to próbowałam porozumieć się z natywnym w neutralnym języku. I nigdy mi się nie udało. Z turystami innymi a i owszem. Z tubylcami ani raz…

DSC_1749

DSC_1794

DSC_1868

A tak serio, próbując rozmawiać z panią w sklepie czy zamawiać kawę w McDonald’s starałam się używać bardzo ładnego, prostego angielskiego. Bo wspomnienie z Londynu na stacji metra we mnie jeszcze żywe… Próbowałam kiedyś Hindusowi w okienku wyjaśnić, że potrzebuję travelcardy dla dwóch dorosłych i dziecka, które w wózku jest. Mój angielski był dla niego zbyt skomplikowany… Od tamtej pory z non-natives po angielsku staram się rozmawiać na poziomie przedszkolaka… Pani w sklepie to nie pomogło… Być może ona do mnie nawet mówiła, że po angielsku nie kuma, ale skąd ja to mam wiedzieć??? No więc na pozostałe zakupy zabierałam ze sobą męża, który niemieckiego w przeciwieństwie do mnie kiedyś tam się uczył i chociaż cyferki zna, więc mógł mi powiedzieć, ile mam zapłacić…

W Wiedniu, jak w Londynie, mnóstwo sklepów. W które znam, nawet zdarzyło mi się wejść. Ale czułam się strasznie zagubiona, gdy idąc ulicą patrzyłam na wystawy sklepowe, w których wisiały jakieś zapewne reklamy tego, co można w sklepie kupić, a zielonego pojęcia nie miałam, jakiego typu to sklep. W McDonald’s chciałam ciasteczko sobie kupić – wiecie, takie ciepłe, z nadzieniem owocowym… Ileż ja się nagapiłam na menu… i ciasteczka nie kupiłam, bo nawet palcem nie umiałam na menu wskazać, co ja chcę. I w kawiarni byliśmy… i menu też dostaliśmy… kawę chcieliśmy… i wertowaliśmy to sześciostronicowe menu szukając kawy… kilka razy… aż w końcu znajomy napis café latte naszym oczom się ukazał…

Lubię podróżować, zwiedzać nowe miejsca, ale tam, gdzie mój prawie perfekcyjny angielski nie przydaje się zupełnie, czuję się jak moja mama gdziekolwiek za granicą. Paskudne uczucie… Aż nie do pomyślenia, że anglista gdzieś za granicą może czuć się lingwistycznie upośledzony… linguistically challenged indeed…

DSC_1950

To ja już jednak zostanę z przy Londynie…

Reklamy