Marzec 2015. Zima była wyjątkowo długa w tym roku. No dobrze, nie była szczególne mroźna i pewnie nie dłuższa niż zwykle, ale jak się siedzi z maleństwem w domu, bo wyjście na dwór zimą z małym dzieckiem to nie lada przedsięwzięcie, to i zima się ciągnie w nieskończoność. Tak więc nastał marzec. Pogoda ładna, to na spacer idziemy. Ale jesteśmy przed drzemką Maleńtasa, to nie weźmiemy wózka, bo zaśnie i drzemka z głowy. A drzemki są bardzo ważne. Kluczowe wręcz, bo to jedyny czas, kiedy mogę testy posprawdzać, kartkówki ułożyć, obiad przygotować, a czasem nawet i 5 minut poczytać. Tak więc drzemki są niezbędne, więc idziemy na nóżkach. Ot tak, na pół godzinki, pod blokiem pospacerujemy…
Tego pamiętnego przedpołudnia Maleńtas odkrył istnienie kamyczków. Ku, jak łatwo się domyślić, całkowitemu niezadowoleniu mamy…

DSC_2358

Pamiętając, jak sprawa kamyczków wyglądała przed  siedmioma laty, powiedziałam kamyczkom kategoryczne nie. Ptyś codziennie od wiosny do jesieni przynosił do domu najpiękniejsze i wyjątkowe, według niego oczywiście, kamyki. Nie wolno ich było wyrzucić czy zostawić przed klatką. Absolutnie. No i wędrowały z nami po schodach do domu i składowane były na szafce na buty w przedpokoju. Tyle udało mi się ugrać – nie wnosimy kamyków do pokoju, zostają na szafce przy drzwiach. Po co on je z takim zapałem do domu znosił, skoro się nimi później nawet nie bawił, jest dla mnie zagadką. A kamyki raz w tygodniu tajemniczo znikały z przedpokoju i lądowały w koszu na śmieci. Ani razu się nie zorientował…

A więc mając walkę o kamyki z Ptysiem żywo jeszcze w pamięci, postanowiłam, że Maleńtasa od początku nauczę, że kamyczki mieszkają na dworze… Przyjął to nad wyraz dobrze i codziennie kamyczki zebrane podczas spacerów lądują albo w ogródku sąsiada, któremu pod kosiarkę bezczelnie podchodzą, albo na murku koło klatki, skąd następnego dnia możemy je zabierać na spacer, żeby też coś z tego życia miały…

Jako dorosła, wykształcona jakby nie było osoba, jestem w stanie zrozumieć – scratch this, jestem w stanie zaakceptować, dlaczego dzieci zachwycają się kamyczkami. Każdy jest inny, są różnych kształtów, rozmiarów i kolorów. Są gładkie lub chropowate. Są po prostu wyjątkowe – przynajmniej z punktu widzenia dziecka. Czego jednak nie jestem w stanie pojąć, to czemu, o czemu, dzieci tak uwielbiają piasek…

Piasek to samo zło. I nie mówię tu, o tych wszystkich chorobach, które przez piasek się przenoszą. Wraz z nadejściem wiosny i sezonu piaskowego pojawiło się mnóstwo artykułów o tym, jak to dzieci pasożytów się mogą nabawić podczas zabaw w piasku. Bo jak tu przekonać małe dziecko, że piasku się nie je? Że nie wrzuca się kubka niekapka do piaskownicy? Że jak już to ciasteczko wpadnie w piasek, to nie wolno go potem zjeść, nawet jeśli leżało tylko dwie sekundy? Jak przekonać do tego dziecko, skoro pseudo-inteligentnych rodziców nie można przekonać, że jeśli ktoś postawił przy placu zabaw znak zakazu wprowadzania zwierząt, to wbrew pozorom miał również na myśli to ich zwierzątko, mimo że jest takie małe i bardziej niż psa przypomina ścierkę do kurzu? Bo to małe szczekające coś również sra i sika byle gdzie, także do piasku. Do tego samego piasku, w którym bawią się potem dzieci… z tą kupą i tymi siuśkami… Być może, jak ktoś wymyśli sposób, aby koty trzymać z daleka od placów zabaw, ten sam trik podziała na tych nieodpowiedzialnych rodziców…

 

 

To, co mi osobiście przeszkadza w piasku, to fakt, że jest wszędzie i wszędzie wejdzie. Piasek, jeśli ma się dzieci, jest wszechobecny. Wchodzi sam do butów i skarpetek, wije sobie gniazdko między palcami, jeśli jesteś w sandałach, gromadzi się we włosach, a w przypadku mojego starszego syna, sam, bez wiedzy dziecka, teleportuje się do kieszeni spodni i ukrywa się tam, aż do momentu wyciągania tychże spodni z pralki… Piasek tak sobie upodobał mojego syna, że nie rozstaje się z nim ani na chwilę. I nic nie daje każdorazowe wytrzepywanie go z trampek przed klatką. Choćby nie wiem jak długo i sumiennie to robić, pół kilo piasku i tak codziennie znajdzie się w przedpokoju. A stąd pełźnie absolutnie wszędzie i szeleści pod stopami i w kuchni, i w łazience…

_DSC7887

Maleńtas piasku jeszcze nie odkrył. Coś tam widział, raz czy dwa dotknął, sypnął sobie w oczy, ale na razie to tyle… I z przerażeniem myślę o chwili, kiedy to nie będzie już wyjścia i od piaskownicy nie uda się go trzymać z daleka… A nie ułatwia sytuacji fakt, że jakiś bezdzietny debil – i jestem stuprocentowo przekonana, że był to mężczyzna – wpadł na idiotyczny pomysł wysypania całego naszego placu zabaw piaskiem… Fakt, wielkość piaskownicy, jaką nam tu po remoncie placu postawili (metr na metr) pewnie odegrała tu jakąś rolę, ale żeby od razu piachem cały plac zabaw pokryć? Serio???

_DSC1108

Reklamy