Boję się pająków. Boję się wszelkich robaków. Boję się patrzeć w dół z dużej wysokości. Boję się stawać za blisko barierki na moście. Boję się nocy, gdy zostaję sama z dziećmi. Boję się każdej wizyty u dentysty. Boję się bólu.

Ale najbardziej boję się, że ktoś (coś?) odbierze mi mojego Maleńtasa. Odkąd się urodził odczuwam ten dziwny, nieuzasadniony i całkowicie irracjonalny strach, że on jest ze mną tylko na chwilę. I ogarnia mnie czasem taka straszna panika…

Baby blues, depresja poporodowa, jakkolwiek by tego nie nazwać nie opuszcza mnie od prawie dwóch lat. Niby wiem, że wszystko jest w porządku. Maleńtas jest prześliczny, zdrowy, inteligentny bardzo, sprytny, psychomotorycznie świetnie się rozwija, dużo już mówi, buntuje się głośno i wyraźnie, jak na dwulatka przystało, ale… Coś nie daje mi spokoju. Coś mnie gnębi. Taka straszna myśl, że on jest tylko na chwilę… i myśl ta przeraża mnie ogromnie (scares the hell out of me – i jak to po polsku powiedzieć, żeby przekazać jak bardzo???). I nie opuszcza ani na chwilę…

Boję się pająków. Ale najbardziej boję się o moje dzieci. I mam wrażenie, że to nigdy się nie zmieni…

Reklamy